TADŻYKISTAN cz. 1. - KRAJ GOŚCINNY


Fragment artykułu, który ukazał się w czasopiśmie "Góry".

Od dawna wiedzieliśmy, że prędzej czy później trafimy do Tadżykistanu. Kraj, którego ponad 90% powierzchni zajmują góry i miałoby nas tam nie być?

Samolot wylądował w Duszanbe przed świtem, tak więc na ulice stolicy wkroczyliśmy o poranku i... poczuliśmy się jak ryba w wodzie. Natychmiast zapomnieliśmy o wszelkich naszych wątpliwościach, w oczach stanęły nam wspomnienia z miast Kirgistanu i Uzbekistanu, a my nabraliśmy pewności siebie. Od tego momentu wydarzenia potoczyły się bardzo szybko. Była niedziela, więc postanowiliśmy odszukać jedyny w kraju kościół katolicki, w nadziei, że trafimy na mszę. I udało się. Przed nabożeństwem proboszcz ugościł nas kawą z ciastkami i mieliśmy okazję chwilę podyskutować o sytuacji kościoła w Tadżykistanie. Rozmawialiśmy przeplatając języki rosyjski i hiszpański, gdyż parafią opiekują się od lat księża z Argentyny. Katolików w kraju jest niewielu (prawie 90% stanowią muzułmanie) i stale ich ubywa, ponieważ wyjeżdżają za granicę. W kościół katolicki nie ma wymierzonych celowych represji, napotyka jednak trudności związane z ograniczaniem przez autorytarną władzę praw wszystkich religii. Po mszy poznaliśmy pracującą w Duszanbe Magdę, która zaproponowała nam nocleg u siebie. Jako że nasze nocowanie na Couch Surfingu nie wypaliło, skorzystaliśmy z zaproszenia Magdy. W międzyczasie spędziliśmy jeszcze chwilę na poczęstunku u Sióstr Zgromadzenia Matki Teresy.

Jak się okazało, Magda wynajmowała pokój u tadżyckiej rodziny, której głową jest Alik. Zarówno on, jaki i jego żona Nudira oraz ich dzieci, to niesamowicie mądrzy i wykształceni ludzie. Niestety trudna sytuacja w kraju zmusiła ich do zarabiania na życie w bardzo prosty, lecz ciężki sposób (Nudira zrezygnowała ze słabo opłacanej posady wykładowcy na uniwersytecie, aby zająć się nieco bardziej dochodową sprzedażą tkanin na targu). Gościnności „Alików” i Magdy mieliśmy doświadczyć jeszcze dwukrotnie podczas naszej podróży. Oprócz wielu cennych rozmów, nie zapomnę nigdy pyszności, którymi nas częstowano. Przede wszystkim najlepszego na świecie płowa!

Nazajutrz znajoma „Alików” pomogła nam zorganizować przejazd do GBAO (Górskobadachszański Okręg Autonomiczny). Od tego roku, ze względu na wadliwość tadżyckich samolotów, wycofano większość lotów do stolicy regionu, Khorogu. Najpopularniejszą stała się więc droga lądowa. Ważnym jest jednak, aby umiejętnie wybrać kierowcę, gdyż jest to niebezpieczna podróż. W większości biegnąca nad przepaściami droga, tzw. Pamir Highway (Pamirski Trakt), zbudowana w latach 30-tych XX w., mimo modernizacji w latach 70-tych, niewiele pamięta z czasów swojej świetności. Podróż trwa bez przerwy 16-20 godzin, a prowadzi jeden kierowca. Trzeba więc możliwie jak najlepiej wybrać: kierowca nie powinien być zbyt młody (tacy są niedoświadczeni, zdarza się, że jeżdżą za szybko i wypadają z drogi), cena powinna wynosić 300 somoni (mniej biorą osoby dopiero rozkręcające biznes, a więc także bez doświadczenia) i samochód powinien być „na oko” dobry. Zapytany o swoją pracę szofer, odpowiedział mi jak to tak naprawdę wygląda: „To tylko Allach nas prowadzi”. Nasi woditieli mieli więc chyba dobre układy z „górą”.

Do Khorog dojechaliśmy w środku nocy. Na wiadomość, że chcemy szukać w mieście miejsca do rozbicia namiotu, Tadżycy zdziwili się i jedna z pasażerek zabrała nas do domu swojej rodziny. Od razu zaproszono nas na wesele, które miało odbyć się za trzy dni. Mimo że opóźniało to realizację naszych górskich planów, nie mogliśmy odmówić gospodarzom - w końcu nieczęsto zdarza się być na tadżyckim ślubie! A dokładniej – pamirskim (w Tadżykistanie panuje wyraźny patriotyzm regionalny, który prawdopodobnie nasilił się jeszcze bardziej podczas wojny domowej w latach 90-tych). Kolejny raz przekonaliśmy się, że gościnność w tym kraju nie zna granic. W czasie kilku dni spędzonych w Khorog, mieliśmy okazję zwiedzić okolicę i poznać wielu członków goszczącej nas rodziny. Jak licznej, obrazuje po części fakt, że głowa klanu, Pani Babcia, otrzymała w przeszłości medal Matki Bohaterki za wydanie na świat 18 potomków! Samo wesele – tradycyjne obrzędy, muzyka i tańce, jedzenie – było dla nas niesamowitym przeżyciem, które wymagałoby osobnego szczegółowego opisu.

Tak spędziliśmy w Tadżykistanie niecały tydzień, przechodząc w niesamowitym tempie z rąk do rąk dobrych ludzi. Czekały na nas jednak i góry, w które wyruszyliśmy już następnego dnia... 

CZĘŚĆ DRUGA ARTYKUŁU: TADŻYKISTAN cz.2. - TREKKING W PAMIRZE





Komentarze